09/26/2018

autor: Adam Jarczyński

Cenię sobie wino. Myślę, że w ramach konsumpcji wychodzę ponad średnią krajową. Co więcej, bardzo lubię je otrzymywać w prezencie (prywatnie i biznesowo), ale gdy sam zabieram się za wybór prezentów z alkoholem bardzo uważam. Dlaczego?

 

Zawsze przed dokonaniem wyboru prezentu stawiam sobie pytanie: co chciałbym opowiedzieć moim prezentem, jaki jest jego cel, komu zamierzam go wręczyć i jak długo obdarowani mogą mieć możliwość obcowania z nim – tak z grubsza, bo pytań jest jeszcze kilka, ale zachowam je na inną okazję.

 

Obserwując nasze zachowania związane z obdarowywaniem się, które w zeszłym roku omawiałem w kuluarach 7 konferencji poświęconych prezentom z przedstawicielami zarówno dużych międzynarodowych firm, jak i mniejszych lokalnych (blisko 800 uczestniczek i uczestników z największych polskich miast), doszedłem do wniosku, że butelka wina, koniak, szampan, bourbon, wódka często są kupowane gdy nie wiemy co wręczyć – ładna, masywna butelka z elegancką etykietą, to jest to! Coś na zasadzie ostatniej deski ratunku. Albo ze względu na dostępność – wystarczy wejść do najbliższego sklepu typu convenient i już mamy prezent, niewiele potrzeba wysiłku. Dodatkowo, dokupujemy ładną torbę okolicznościową i cyk – przecież w Polsce każdy butelkę przyjmie (podsumowując stereotypowo), a my nie przyszliśmy z pustymi rękoma.

 

Przyznam, że nigdy nie spotkałem się z sytuacją, by ktoś zwrócił alkohol. Myślę tu o prezentach – nawet jeżeli osoba obdarowana nie była miłośnikiem trunków, to zawsze butelka zostawała na… przekazanie dalej. Jest nawet konkretne słowo w języku angielskim: „regifting”. No właśnie, i dochodzimy do sedna. Czy wręczam prezent tylko po to by ktoś inny go otrzymał?

 

Wprawdzie to samo może wydarzyć z każdym innym prezentem, ale przy okazji alkoholu, aby do tego nie dopuścić mamy poprzeczkę zawieszoną bardzo wysoko. Pozwolę sobie wyliczyć wyzwania:

 

Po pierwsze: ktoś może nie pić, po prostu. O dziwo, są tacy. Nawet sporo. Alkohol nie sprawia jej lub jemu żadnej frajdy. Na moje szczęście mój szef nie lubił wina i zawsze prezenty z tego gatunku trafiały do mnie. Poza tym, są jeszcze tacy, którzy rezygnują z alkoholu ze względów zdrowotnych, przypadłości jest kilka i nie ma sensu się w nie zagłębiać.

Po drugie: nie każdy pije koniak, a odmian wina jest sporo. Osobiście po kilku kursach winnych i z jakimś tam (nienajlepszym) wyczuciem smaku, jednymi szczepami zachwycam się bardziej, a innymi mniej, a jeszcze innych nigdy sam nie kupuję. Weź tu teraz dogódź takiemu…

Po trzecie: nie każdy sklep ma sommeliera, a nie każde wino, które jest drogie, jest dobre. Do tego dochodzi sposób leżakowania, czyli przetrzymywania trunku w sklepie – nawet wydając sporo, możemy wpaść w pułapkę zepsutego wina. To może zdarzyć się nawet w luksusowej restauracji, ale tam przynajmniej otworzą drugą butelkę.

 

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze wątek kulturowo-religijny, choć w naszej szerokości geograficznej wręczanie alkoholu akurat nie jest niezgodne z dominująca religią, niemniej utrzymując kontakty międzynarodowe już trzeba być na tym punkcie wyczulonym.

 

Czy to wszystko oznacza, że nie powinniśmy pod żadnym pozorem wręczać alkoholu? Nie popadajmy w skrajności. Jeżeli bardzo dobrze znamy naszych klientów czy współpracowników i wiemy co zamawiają do obiadu w restauracji albo co kupują w sklepie na wyjątkowe okazje, a dodatkowo potrafią kulturalnie czerpać przyjemność z tego trunku, to wiemy jaki będzie nasz najbliższy prezent. Choć i tak, obdarowujący powinien podnieść sobie porzeczkę decydując się na wyjątkowy gatunek alkoholu, a nie coś dostępnego w sklepie na rogu – chyba, że to zacna bodega.

 

Wciąż jednak alkohol pozostaje ryzykownym prezentem i jeżeli nie znamy się na nim dostatecznie dobrze, ani nie możemy się kogoś poradzić, a przede wszystkim jeśli nie znamy preferencji obdarowywanych – poszukajmy czegoś mniej ryzykownego.