05/10/2018

autor: Adam Jarczyński

Jako przedstawiciel pokolenia „foodie” przyznam, że lubię prezenty związane z gastronomią i jedzeniem. Jednocześnie wiem, że nie każdy podziela moje zamiłowanie do rozkoszowania się smakami i nietypowymi potrawami. Sam wręczam jedzenie bardzo wąskiemu gronu bliskich znajomych i może kilku klientom, których znam od lat i którzy dzielą ze mną gastronomiczną pasję.

Jako mały chłopiec zawsze się cieszyłem, gdy w czasach PRL Tata przynosił z klubu sportowego, w którym był trenerem torbę ze słodyczami (dla dzieci) na święta. Czegoż tam nie było: gumy do żucia, wafelki, cukierki, czekoladki, istny #foodporn (jeżeli miałbym dziś to wspomnienie opisać jednym słowem na Instagramie). Marzenie, które było konsumowane przez kolejne tygodnie pod czujnym okiem rodziców. Choć czasem udawało się zjeść coś poza przydziałem.

Kolejną rzecz, którą pamiętam, już będąc bardziej starszym niż młodszym, to paczki spożywcze, które znajomi rodziców otrzymywali z zagranicy z niedostępnymi u nas produktami spożywczymi jak kawa, zupy (od Andy'ego Warhola), również puszki z mięsem, sery, no i słodycze - czekolady, których mniejsze wersje były dostępne w przyhotelowych PEWEXach.

To był prezenty! Wyjątkowe, niedostępne i przez to bardzo pożądane.


Z czasem Polacy zaczęli się bogacić, albo ujmę to inaczej – stopa życia zaczęła się podnosić. W związku z tym produktów spożywczych zaczęło przybywać, zaczęły być powszechniejsze i ogólnodostępne, a gusta kulinarne zaczęły oczekiwać czegoś więcej niż tylko czekolady, bądź salami pod choinką. I tu na myśl przychodzą mi kosze spożywcze, które widywałem w nieistniejącej już sieci sklepów Alma. Czegoż w nich nie było – od czekolad z półki premium, przez wyselekcjonowane ziarna kaw, po luksusowe alkohole (nota bene będące ryzykownym prezentem).

Myślę jednak, nie pisząc tego złośliwie, bo Alma miała swój złoty czas i lubiłem ten market, że czas koszy spożywczych, czeka ten sam los co popularną sieć delikatesów.

Prezent, szczególnie ten wręczany w okolicznościach biznesowych, powinien spełniać jakąś funkcję. Jaką? Na to pytanie powinien sobie odpowiedzieć każdy, kto przygotowuje przemyślaną strategię prezentową. Jakakolwiek intencja by nie była, myśli kierują się w stronę miłych skojarzeń związanych z wręczającym czyli z marką lub organizacją, która za tym stoi.

Kiedy myślimy o (biznesowym) prezencie spożywczym, a dokładniej koszu wypełnionym czekoladą, kawą i marmoladą pamiętajmy, że choć z pewnością będzie to upominek
smaczny, to będzie chwilowy, ulotny. Nie twierdzę, że to jest coś złego, ale czy taki jest nasz cel?
Obecnie dyskonty spożywcze co jakiś czas nęcą nas ofertą produktów z wyższej półki, albo stylizowanych na takie (opakowanie czyni cuda), przez co kosze wypełnione opakowaniami w czarnych pudełkach ze złotą czcionką i napisami „specjalnie wyselekcjonowane” czy „premium” nie robią już na nas takiego wrażenia jak kilkadziesiąt lat temu. A prezent w jakimś stopniu powinien być wyjątkowy.

Oczywiście są okoliczności, że woda, benzyna, a nawet ziemia są produktami bardzo poszukiwanymi, ale póki co jedyne okoliczności, poza klęskami żywiołowymi, które mi przychodzą do głowy, to te z filmów typu „Mad Max” czy „Wodny Świat”.

Wracając do rzeczywistości. Pozwolę sobie zaryzykować stwierdzenie, że często smaczne nie zawsze musi być zdrowe, a bardzo smaczne ma kalorie, które w okresie świątecznym są tematem tabu, bo przecież w okolicach 31 grudnia wchodzimy w okres postanowień, wiadomo jakich.

I tu kolejny minus koszy spożywczych – dziś co chwila się słyszy, że ktoś jest na diecie, że gluten, że uczulenie na to czy tamto. I weź tu traf z prezentem, który nie będzie budził dyskomfortu. Aż się prosi, żeby do koszy wkładać (na święta) jarmuż, owsiankę (ale nie błyskawiczną), orzechy i siemię lniane. Z pewnością obdarowani będą przeszczęśliwi.

Podsumowując, kiedyś kosz spożywczy był ciekawym i atrakcyjnym prezentem. Dziś mocno spowszedniał, bo mamy inną sytuację ekonomiczną i nie ma już tej aury wyjątkowości, która powinna cechować prezent. Dodatkowo, sam w sobie jest bardzo ulotny i obdarowany tylko chwilę obcuje z marką. To dobry pomysł jeżeli kogoś bardzo dobrze znamy, wiemy co lubi i jeżeli skład będzie naprawdę wyjątkowy, a nie szeroko dostępny, na wyciągnięcie ręki.